20 tekstów/składanka

Autor: Granice mojego języka wyznaczają granice mojego świata, Gatunek: Poezja, Dodano: 09 stycznia 2019, 13:58:13, Tagi:  Wrzucone dla siebie do zwizualizowania sytuacji ;

Dwadzieścia tekstów o miłości i jeden beat mojego serca

 

 

„należy zgubić miłość, aby ją ocalić”

62. Model do składania, Julio Cortázar

 

 

I

 

ten wiersz piszę dla ciebie, piszę go o północy,

kiedy pewna i pełna jest tylko ciemność,

a w oknach widać własne odbicie, jakby świat

równoległy, wewnętrzny jak uczucie.

 

do tego tęsknię: do wnętrza twojego ciała,

gdy cię obejmuję i serce zaczyna pracować, 

a ty robisz się wtedy taka ciepła, taka wilgotna, 

jakby wyparowywała z ciebie cała woda.

 

do tego tęsknię: do twojej trzustki, żołądka, wątroby,

do tego, czego nigdy nie zobaczę, a przecież jest 

tak samo piękne, tak samo reaguje na moją miłość.

 

ten wiersz piszę dla ciebie, piszę go o północy,

kiedy śpisz snem bardzo odległym, a ja z nadzieją

czekam, aż ta senna wizja dotrze i do mojej głowy,

i dowiem się, jaki naprawdę jestem, czy w ogóle 

 

w tobie istnieję.

 

II

 

To wszystko, wszystko             

Na łasce twojej woli 

Czyżby i wierzba…*            

 

Gejsza Kokichi

 

 

to wszystko twoja wola. tu, między blokami,

nie ma wierzby, która uniosłaby mój smutek,

tak jak niosą jego pieśń twoje usta.

 

te wierzby są jak opuszczone fontanny:

nie odbiją światła, nie tryśnie z nich radość 

dziecka. byłbym ich częścią - wznosił się we mnie

posąg, od którego uciekały ptaki, nikt 

nie zostawiłby przy nim torby ani książki

- lecz ty po mnie przyszłaś, pozwoliłaś mi pić

z wodospadu twoich włosów. dziś jestem pełny,

nie do poznania jak druga strona księżyca.

 

to wszystko twoja wola. tu, między blokami,

gdzie pierwszy raz bez wahania wziąłem cię za rękę

- w takiej chwili nie mógłbym powiedzieć nic 

więcej ponad: prowadź.

 

*Przełożyła z angielskiego Agnieszka Pałasz-Rutkowska

 

III

 

prowadź mnie do siebie, promienna oazo, moje palce 

niczym Tuaregowie pragną przemierzać pustynny szlak

na twoich plecach, aby uczucia nieść poprzez milczenie.

 

prowadź mnie do siebie, bujny krzewie, prześwicie 

rośliny. ty cała jesteś z tamaryszku i ku wydmom,

którym braknie cienia, opada grono twoich pocałunków.

 

każdy z nich, jak koczownicze plemię, wędruje w obiegu krwi

lub jak drobinka piasku - gdyby ją przybliżyć kilkaset razy

przez mikroskop, byłaby skrzynią pełną skarbów.

 

IV

 

nie miałem prawa prosić o cud, choć nawet modlitwy

odmawiałem na palcach jej dłoni. jakże pragnąłem

tatuować jej ciało barwnikiem moich warg, ale

 

nie miałem prawa prosić o cud, choć jedynie ona

mogła wiedzieć, jak wielka jest moja wiara w miłość; 

zdradził to uśmiech - jasny jak okołozenitalny łuk -

 

gdy rozstąpiło się morze jej sukienki i ujrzałem ziemię

obiecaną, wołającą: przyjdź do mnie - nie było wątpliwości, 

usta i ręce wierzyły w każdą część tego wrażliwego ciała.

 

V

 

Jesteś tu, ma miłości, i moje miejsce jest w tobie.**

 

Saint-John Perse

 

 

jesteś tu, ukochana, i rozum płaszczy się przy tobie, 

tak że myśl cię nie okrąży. rozum wiotki 

jak męski tors na tle twoich piersi, który odmierzasz 

palcami lub językiem, kawałek po kawałku.

 

jesteś tu, ukochana, z morza twoich włosów

- o barwie i zapachu słodowej whisky -

wyławiam delikatne muszle; od szumu drgają

wilgotne ręce, jakby rozpuszczał się lód ich krwi.

 

nie odchodź już, ukochana, nawet jeśli jesteś falą,

kuszącą piasek, by ściągnąć go na morskie dno.

 

jeśli musisz odejść, proszę, weź moją poduszkę,

a gdy ogrzejesz jedną ze stron, poczuj, jak po drugiej

marznie moje ciało i wtul w nie twarz, z największą czułością.

 

**Przełożył z francuskiego Adam Wodnicki

 

VI

 

tyle razy cię straciłem, jakby niepotrzebną myśl,

i odgrażałem się ze smutku wrogim plemionom gwiazd

- jeśli znowu zechcą odejść, niech nie zostawiają blizn.

 

tyle razy cię straciłem - żeby zawsze być razem,

należy dzielić się snami, więc będę je zszywał dla ciebie, 

choćbym miał przekłuć iglicą każdy zmierzch moich palców.

 

tyle razy cię straciłem, bo najtrudniej było nawlec nić,

niby kosmyk twoich włosów, który noszę jako talizman, 

byś nie mogła mnie opuścić, nawet gdy zabraknie snów.

 

VII

 

wyniosę z ciebie gniew, wyniosę za drzwi domu,

gdzie leży już twój żal, gdzie dym nikotynowy,

poderwany przez wiatr, uleciał jak klucz ptaków.

 

tam sosny szumią groźnie, psy szczekają na obcych

i po szynach nieba pociągi holują niezwłocznie 

towarowe wagony, by innym ludziom wywiesić 

kaszmiry nad głowy.

 

nas to nie dotyczy, choćby czasami o te graty

potykały się nogi. w końcu rdza je dosięgnie

po deszczu jak dzisiejszy pejzaż. zapomnij,

niczym się nie martw.

 

wyniosę z ciebie lęk i nazwiemy go spokój,

ułożymy przy drzwiach, niech pilnuje domu.

 

VIII

 

długie gałęzie wiśni jak rękawy kimona opadłe 

nad połacią rzeki. tam kwiaty dryfują jak myśli 

wątłe, o których się szybko zapomni. 

 

wpatrzony w tę niezwykłą delikatność śmierci, 

chciałem wypełnić prześwit twojej dłoni swoją,

lecz przywarło do mnie tylko chłodne powietrze. 

 

ty stałaś pod drzewem po drugiej stronie miasta 

- zadumana jak posążek Buddy; wyniosła i dumna

pagoda, w której najświętszą relikwią jest serce. 

 

długie gałęzie wiśni jak rękawy kimona opadłe

nad twoimi ramionami; tak bogate, choć biedne,

bo nie pojmą nigdy, że dosięgnąć człowieka

 

można jedynie miłością.

 

IX

 

już czekasz na mnie w śnieżnej pościeli;

masz ciało jedwabne jak kimono i różowe 

policzki - wiśnia rozkwitła w środku zimy.

 

niewinny płatek jak włos z twojej głowy 

spada we wnętrze mojej dłoni, w przystań 

osłoniętą przez wieczorną zorzę - tu 

dopływają łódki z twoich ciemnych oczu.

 

już czekasz na mnie, cała zmarznięta,

jakby ta pościel była wyspą Hokkaido,

gdzie będziemy tulić się do siebie

niczym dwie garści mokrego śniegu.

 

całuję twoje grejpfrutowe policzki,

ciało jak kimono, w które się ubieram, 

gdy trzymam cię w ramionach - pełen 

 

wilgoci, gorzkiego soku.

 

X

 

mógłbym cię całować bez reszty jak biedak monetę, 

choćby brudną, zimną, którą posiadało wielu; 

 

mówić: za mało jest ciebie, aby można było się znużyć 

- takie drobne, a wystarczy na codzienną miłość. 

 

mógłbym cię całować zawsze jak za pierwszym razem 

- bez zrozumienia, bez znajomości twojego języka, 

 

czując bliskość ciepła, które jest jakby z dalekich krain, 

a rozgrzewa jak twoja ręka, schowana w mojej kieszeni. 

 

mógłbym cię całować nawet z obawy, że twój język 

bardziej mnie kocha, a wiem, że w żaden sposób 

nie poznałbym cię bliżej niż ustami. 

 

i niechby w nas celowały słowa innych osób, żądła 

nieugiętych wskazówek, promienie martwych świateł; 

ja mógłbym cię całować, choćby i bez celu.

 

XI

 

być blisko ciebie, gdy stoimy w mrozie

i oddech paruje jak indiański sygnał.

 

i jest coś dzikiego w tym całym zamieszaniu,

ale nas to nie obchodzi. chcemy tylko scalać

te fragmenty ciała, które do siebie pasują.

 

być blisko ciebie, dłoń ogrzać, 

objąć jak władzę w małym kraju, 

gdzie nie panuje król, ale poświęcenie.

 

XII

 

gdy odpięłaś klamrę z ułożonych włosów,  

wszyscy alpiniści na twoich plecach uciekali

w popłochu. choć lawina stoczyła się szybciej,

niż bym zdążył pomyśleć, dla konających

 

to musiała być wieczność.

 

gdy odpięłaś klamrę - jakbyś posiadała władzę

nad wszelkim stworzeniem - a narzędzie zbrodni 

zniknęło w szufladzie, już chciałem cię czesać,

aby zatrzeć ślady - tak byłem zazdrosny

 

o tych alpinistów.

 

XIII

 

gdy ci smutno, śpiewasz piosenkę

o utraconej talii gwiazd, co rozsypały się

jak próchno po zakamarkach starych skał.

 

i twój głos niby struna rtęci - sprężona 

nitka, która drga - przepływa aksamitny 

język, by znaleźć choćby nikły blask. 

 

gdy ci smutno, śpiewasz piosenkę,

a ja gitarę drapię tam, gdzie jej dźwięki

stają się ulgą dla rozpieczętowanych ran.

 

i póki śpiewasz, nie pójdę spać, nie pozwoli 

na to strach, gdy wiem, że jesteś tylko jedna, 

że głos twój może przestać drgać.

 

XIV

 

miałaś takie zgaszone oczy. spłoszone

zostało światło ołtarza, gdzie wargi 

składały swoje dary. widziałem łunę

błyskawic, które zamieniły pożądanie

w popiół i pomieszały konstelacje

układane w obrączkę. nic nie ocalało. 

 

miałaś takie zgaszone oczy - rozety 

wypełnione witrażem, mroczniejsze nawet 

niż je dawniej zastałem, wciąż dojrzałe 

jak gotyk. mógłbym się w nich zapaść,

nie okazując żalu - jedynie ciemność 

pragnie tulić bez końca oraz bez powodu.

 

XV

 

czasami zamieniasz się w górę lodową

i cała jesteś pokryta szronem, nieczuła 

na dotyk, którego unikasz, 

jakby chciał bezlitośnie rozerwać 

to święte ciało.

 

nie wiem, jak cię pocieszyć, 

gdy w przełęczy gardła zamyka się grot 

i pęka lustro głosu od echa drżenia 

twojej twarzy. 

 

czasami zamieniasz się w górę lodową

i wiem, że jesteś smutna, oderwana 

ode mnie jak od źródła słodkiej wody;

łączy nas tylko pragnienie mowy, lecz słowo

jest brzegiem skali - niezmierzone w sile tego,

co naprawdę znaczy. 

 

nie wiem, jak cię pocieszyć, 

by w żart obrócić smutek, ten twój smutek, 

jak ciastko z kremem, które je się łyżeczką.

 

XVI

 

jutro już cię tu nie będzie. ułożę miękkie posłanie języka, 

gdzie zaśnie twoje imię, a morzu, które zedrze krzykiem

twoje ślady z piasku, powiem tylko jedno słowo – ciszej,

 

ciszej.

 

jutro już cię tu nie będzie. płuca rozpalą się jak torf,

gdy poczuję dymny zapach koszul. kaszel stanie się tęsknotą

za wonnością roślin, co jak korona przylegają ci do głowy. 

 

wkrótce też mnie tu nie będzie. nawet meble prześwietlone

twoją obecnością mają wewnętrzne złamania. ich puste półki 

wciąż przypominają - miłość nie jest rzeczą, którą można wziąć 

 

w posiadanie.

 

XVII

 

jeszcze nam przyjdzie spojrzeć na siebie

i dreszcz nas zmrozi jak arktyczny wicher;

uśmiechniesz się do mnie tęsknie jak księżyc,

a ja ci swój szalik nałożę na szyję.

 

i będziemy trwać tak już na zawsze, ubrani do drogi, 

niegotowi do odejścia, by na próżno uczyć umierania

miłość, co przybliża nas do siebie jak włócznię do serca. 

 

i będziemy trwać tak już cierpliwie, choć zaboli 

przebijanie pługiem tej rozległej niwy. to tam

wyrośnie drzewo, w którym wyryję twoje nowe imię.

 

jeszcze nam przyjdzie spojrzeć na siebie

i pod tym drzewem przyjdzie się całować,

i nic więcej teraz nie powiem, choć milczeć...

milczeć chcę tylko przy tobie.

 

XVIII

 

tego dnia grałem w klasy myśląc o tobie.

wyrysowane pole było o wiele szczuplejsze, 

domalowałem też długie, szatynowe włosy. 

 

i skakałem aż do pierwszych kropel potu

po czym tylko mogłem - od stóp, kolan, miednicy, 

po brzuch, piersi, ręce, szyję i głowę

- w tę i z powrotem, bez potknięcia, bez żalu,

ocaliłem jedynie te rozczochrane, szatynowe włosy.

 

wszystko zniosłaś. nie narzekałaś, że coś cię boli.

ręce wciąż miałaś rozłożone, gotowe do uścisku,

i tylko wiatr próbował rozplątać supły w twoich lokach, 

tak mi się przynajmniej wydawało; to pewnie błędnik

zawiódł, bo w tej chwili straciłem równowagę.

 

tego dnia grałem w klasy myśląc o tobie, 

tak jakby w miłości chodziło o skakanie, 

tak jakby skacząc można było szukać siebie nawzajem.

 

XIX

 

znajdę cię wszędzie, choćbyś wybrała przeludnione miasto, 

gdzie tlen podaje się z ust do ust w ciasnych gorsetach ulic.

 

znajdę cię wszędzie, choćby na dalekiej północy, 

gdzie mrok trwa tak długo, że śni się na jawie.

 

tam będziesz na mnie czekała, zwijając się z tęsknoty jak mapa 

wszechświata; wiatr w kapeluszu z chmur, co nuci wędrowne melodie, 

 

ukołysze cię i przekaże mój głos - klarowny niczym światło.

jego ciepło wypełni twoje kształty, aż po przylądki piersi. 

 

teraz jest jeszcze ciemno i smutek przekracza próg oczu,

bo o tej porze chciałbym cię dotykać, chłodną jak górski potok,

 

głaskać gładki strumień twoich pleców i obmywać w nim ręce,

całować czoło i śnieżny czubek nosa. 

 

teraz jest jeszcze ciemno i rzeczy nie mają odbicia,

a ja pragnę położyć się w twoim cieniu - choć to nieuleczalna choroba,

 

w tobie nie ma śmierci, o nie! tylko lekki powiew pieśni,

którą śpiewa się do połowy i przerywa z rozpaczy za utraconym sensem

 

życia.

 

XX

 

piszę o tobie, abyś pamiętała mój głos, co złożył

w twoich uszach gniazdo. lęgną się tam słowa jak 

pisklęta - będą prosić o pokarm twojego miłosierdzia; 

 

bo jesteś piękna jak krajobraz rozbierany do brzegu,

obserwowany z wieży katedry, gdzie dzwon kołysze się 

w rytm pływów jako estuarium dźwięku; i piękna jest

 

ta chwila, gdy ziemia nam obiecuje, że to, co trwa,

się nie skończy, dopóki nikt nie zapomina. i lżej 

jest wracać, by nogi zamoczyć w ciepłej lagunie.

 

piszę o tobie, abyś pamiętała, że kocham cię od zawsze

i od zaraz. ten szmer usłyszysz w każdym zakątku świata

- choćby tam, gdzie kończy się traktat, a zaczyna ofiara.

 

beat mojego serca

 

jesteś didżejką mojego serca, gdy kładziesz dłoń na mojej piersi,

rozlega się beat - beat mojego serca, i przesuwasz palce po mojej piersi 

jak po winylowej płycie, palce jak igła gramofonu, i tworzysz scratch

- scratch mojego serca; robisz przejście i nastaje nowy rytm

- rytm mojego serca, i krew krąży jak odbicia w weneckim lustrze

- lustrze mojego serca, i patrzysz jak aorta niczym przedwzmacniacz

łączy się z wkładką gramofonową i stabilizuje się dźwięk jak południowe światło

- światło mojego serca wprawione w ruch jak fatimskie słońce;

i wiruje ten talerz, a twoje palce, palce jak stroboskop,

oceniają poprawność obrotów - obrotów mojego serca.

 

i można by nieustannie dłonią wydobywać z ramienia muzykę,

lecz ty chcesz to zatrzymać jak ideę zapisu stereo - stereo mojego serca,

i mieć wszystko na płycie, i wszystko odtwarzać palcami

 

Track #8 (Partita No. 2 in D minor)

 

gdybym powiedział jak bardzo ją kocham,

sosny z przejęcia omdlałyby szumnie

i chmury jak nuty nabrałyby tempa, 

 

i druga partita Bacha - w którą wsłuchani 

jesteśmy jak w dźwięk wdychanego powietrza -

tak by nadążyć za wzrostem jej tętna.

 

Bach to życie! - westchnąłem spragniony;

ona już nalewała zimne mleko z dzbanka

i wtrąciła: nigdy nie było tak pięknie.

 

gdybym powiedział jak bardzo ją kocham,

może dłonią wilgotną od trzymania szklanki

schłodziłaby moje rozgorączkowane czoło.

 

ale nic nie mówiłem, więc dodała odważnie:

nie ma nic gorszego niż postawić muzykowi pomnik,

z którego emanuje obłędne i ciągłe milczenie.

 

przytaknąłem, choć inny problem przeżywam,

chciałbym powiedzieć jak bardzo ją kocham,

lecz nie wiem, jak to opisać.

 

chmury leniwie przepłyną nad nami i znikną,

sosny poczekają na zaczepki zalotnego wiatru,

i płyta się skończy jak wszystko, 

 

co jest zależne od czasu.

 

Track #7 (Lost you once)

 

Nie chcę udawać, że cię ani razu nie zgubiłam,

ale nie zamierzam uczynić tego ponownie.

 

All eyes - lost you once

 

już raz cię zgubiłem, na festiwalu Obon, gdy przebiegałaś, od straganu do straganu,

w wypożyczonym kimonie; opasana obi związanym w kokardę, wyglądałaś jak ważka 

w gąszczu dzikich roślin. a ja cię szukałem pośród obcego tłumu, w ferworze fajerwerków, 

wołałem, aż szew twojego imienia puścił na wargach.

 

teraz wiem już gdzie jesteś, bo choć miasto inne, każdy tłum wygląda tak samo. 

i znalazłem cię, cudzoziemko, z dowodem tożsamości we włosach, z ramionami nagimi 

jak skalne wybrzeża, z policzkami dojrzałymi jak jabłka. taką kobietę zgubiłem 

w mieście z prostymi drogami; jak mogłem pozostawić cię jasną niczym kwiat mirtu 

naprzeciw pochodowi nocy wypisanej na niebie cekinami gwiazd.

 

która to już czysta kropla wygasza paleniska twoich oczu i drąży tunel jak dżdżownica; 

czy to ja jestem winny, a może to potrzeba chwili? port to najlepsze wyjście ewakuacyjne, 

chociaż łodzie nocą wyglądają jak trumny. nie patrz na nie, kochana, za nami jest życie 

i tam musimy wrócić, póki trwa festiwal. tylko pamiętaj, żeby się nie oglądać, 

 

aby już cię nigdy więcej nie nawiedzały duchy.

 

Track #6 (Skeleton of a Town)

 

zawisł nade mną szkielet jej miasta i dwie obronne wieże, w których płonie 

ogień - żaden sprawiedliwy tego dnia nie przetrwał, gniew Boży, 

gdy przyszedł, nikogo nie spotkał, nikogo nie osądził; a po Bogu Herbert, 

wciąż jeszcze wierzący, że ocaleje jeden, że on będzie miasto. ja jestem 

 

miasto, twierdza kananejska, która pada gładko, gdy otwierasz usta.

tej nocy będziesz mroźną doliną. jeśli tak, to rozbierz mnie teraz 

z tej zimnej nagości, i zmień melodię, jest za spokojna. ta melodia 

to szkielet twojego miasta i będę jej słuchał już zawsze, do końca.

 

Track #5 (Le mal du pays)

 

dalej tęsknisz, nimfo uwięziona w wannie?

smutno i starannie nucisz Le mal du pays.

 

kiedy stanęłaś boso na zimnym chodniku

i powiedziałaś: ojczyzną człowieka jest 

jego samotność, wtedy byłaś prawdziwa.

 

i oto jesteś, Wenus w muszli wyrzucona

na brzeg przez ocean, pożądający gładkiej

skóry lądu, który przyjmie każdą kroplę.

 

tak ty musisz dzisiaj przyjąć miłość

- bliznę zakończoną poza naszym ciałem.

 

Track #4 (Kurokami)

 

To jest poduszka, którą dzieliliśmy tej nocy,

 gdy rozpuściłam swoje kruczoczarne włosy.

 

Kurokami, tradycyjna pieśń japońska

 

szum litanii krwi ucichł jak cykady

przed nastaniem nocy, którą razem dzielimy,

jak dzielą się na poduszce twoje włosy.

 

one są deszczem dla ziemi wyschniętej dłoni.

usta zwiedzione niby owad wpadają w ich sieci.

i nawet ciemność tam szuka swojego imienia.

 

szum litanii krwi ucichł jak cykady;

i nie kocham cię już, jakbym był niespokojny. 

gdy światło księżyca wkrada się przez okno, 

 

zasuwam zasłony, dziś nie jesteśmy samotni.

 

Track #3 (Nothing can separate us)

 

Nic nie może mnie oddzielić

Nic nigdy nie mogłoby mi odebrać

Odebrać mi Twojej miłości

Nie istnieje nic tak silnego

 

Nothing can separate us, Shannon Wexelberg

 

coś w nas zastygło, choć jeszcze się opieramy

o siebie plecami, by chronić kręgi przed erozją.

 

ale rozpacz nie przywiera do zaognionych zranień

jak mech, który uszczelnia korytarze tkanek;

 

mówiłem tak, gdy nagość nie była już spełniona 

niczym pejzaż pola po przekwitnięciu wrzosów.

 

coś w nas zastygło - strome brzegi fiordów,

po których będę się wspinał, nawet teraz

 

szukam kłębka nici w puklu twoich włosów.

 

Track #2 (Red Moon)

 

Czerwony księżyc śni

Na ostatnim niebie

 

Red Moon, Kalafina

 

czerwony był księżyc tej nocy, kiedy go połknęłaś jak wiśnię; 

oplotłaś mi szyję konarami, bym zrywał z twojego ciała owoce 

- tak miękkie i świeże, gdy łączy się z nimi pochwalna pieśń ust.

 

czerwony był księżyc w twoim pępku, lizałem go jak słońce 

o świcie zlizuje cienie z chłodnej drogi; i jak wilgotna pestka

zagrzebana w ziemi, tak w twoich oczach gwiazdy układały się 

 

do snu.

 

Track #1 (Himitsu)

 

Kwiaty wschodzą w miejscu w którym zniknęłaś

To pozostałość po ogniu tajemnicy dwojga ludzi

 

Himitsu, FictionJunction Yuriko Kaida

 

słuchałem Himitsu, gdy powiedziała, że chce się kochać;

 

ogień w jej oczach zaczął nagle trawić wszystkie sosny

- tak zakłuło mnie w piersi.

 

ostrymi paznokciami prawej ręki zdzierała ze mnie korę 

jak ostatni sekret. 

 

ostrymi paznokciami lewej ręki przeczesywała mi włosy 

w poszukiwaniu szyszek.

 

słuchałem Himitsu, gdy już spała zwinięta w kłębek; 

tak zimno było po pożarze, gdy wyszedłem z jej ciała. 

pomyślałem o słowach Yuriko 

 

- już kiełkowały kwiaty w moim podbrzuszu.

 

 

 

 

 

Składanka

 

 

---------------------------------------------------------------------------------------------------

Pieśni z ciemności i ognia

 

 

Strona A: Ziemia obiecana

 
Przez trzy kolejne wieczory Hilda odwiedzała chorego w pensjonacie Toriello. W rzadkich chwilach intymności poznawała jego prawdziwy charakter, przede wszystkim jego umiłowanie poezji. Przynosiła mu drukowane w czasopismach wiersze Peruwiańczyka Cesara Vallejo i innych poetów. Zwłaszcza jeden z tych utworów, Tu nombre (Twoje imię) przypadł Ernestowi do gustu. Nauczył się go na pamięć i recytował Hildzie. Fakt, że znała Nerudę, jeszcze bardziej ich oboje zbliżył.*


  Jeśli istnieją święci od wszystkiego, patronem "Dwudziestu tekstów o miłości i jednego beatu mojego serca" jest Pablo Neruda. To właśnie jego doskonałym językiem, językiem miłości, tęsknoty i ziemi, przemawia autor do czytelnika, a podmiot liryczny do ukochanej. Nie wiadomo, czy kobieta z wierszy Arkadiusza Kwaczka zna Nerudę - wiadomo, że zna go podmiot liryczny i to wystarcza; poczucie bliskości, jakie charakteryzuje tu relację kobiety z mężczyzną, staje się dominujące również w relacji autora z czytelnikiem. Niezwykle łatwo przechodzi się więc z układu zewnętrznego (autor-czytelnik), żeby stać się częścią układu wewnętrznego, stać się tą kobietą, która jest uwielbiana lub tym mężczyzną, który mówi o miłości.   Ameryko, nie wzywam twojego imienia nadaremnie** - mówi poeta we wspomnianym na początku wierszu "Twoje imię". Z podobną czcią przedstawiona została kobieta; nie ma imienia - to już nie Madeleine, Rose, Yuki ani Bianka - jednak zawsze ma cechy bóstwa: raz Biblijnego (posiadaczka woli mogącej sprowadzać cuda, obiekt modlitwy, gotycka katedra, oaza, gorejący krzew, ziemia obiecana), czasami buddyjskiego (posążek Buddy, pagoda), innym razem panteistycznego (żywioły, siły natury). Zawsze towarzyszy jej jasność - światło, woda, śnieg - więc zawsze jest dobra i doskonała.

  Wszelkie sacrum należy do kobiety, jednak pomimo uległości to w mężczyźnie realizuje się romantyczny charakter poety-kreatora (motywy: ręka, dłoń, palce). On stanowi siłę nadrzędną, której dobrowolnie się wyrzeka wybierając rolę poety-tułacza - jako ten, któremu od początku do końca towarzyszy ciemność - od pełni do połowiczności.

  Pablo Neruda jest więc tym, który łączy: w spełnieniu i w tęsknocie, w zdrowiu i w chorobie, w życiu i w literaturze. Atmosfera intymności tych "Dwudziestu tekstów" sprawia, że szybko zapomina się o granicy między światem poetyckim i własnym. I tylko pojawiający się niekiedy mocniejszy dźwięk w postaci wyraźnych nawiązań literackich ("Dwadzieścia poematów o miłości i jedna pieśń rozpaczy", "Oczy niebieskiego psa", "Gra w klasy", "Intymność") na chwilę przerywa marzenie - ale tylko na chwilę! - jak dźwięk upuszczonej łyżeczki. 

Przekładanie płyty

 
"Beat mojego serca" to przejście między dwiema częściami książki. Jak w świętej księdze - zawiera to, co było i to, co będzie. Powtarza się więc motyw palców, który znów charakteryzuje osobę demiurga i jego władzę, jednak tym razem nie nad słowem, ale - w stylu new romantic - nad muzyką. Muzyka wyznacza rytm drugiej, zmysłowej części. Jest to bowiem książka stworzona na kształt człowieka - ze stroną duchową i cielesną.

Strona B: Ziemia ognista

 
Muzyka przeciwstawia się nagim dźwiękom świata zewnętrznego, tak jak wrażliwa dusza przeciwstawia się powszechnej nieczułości.***


  "Składanka" łączy dwa elementy, które działają w oparciu o zmysły i są zależne od czasu - muzykę i ciało. Gdy zaczyna się muzyka, rozpoczynają się pożary, ognie, czerwienie, rany, rozgorączkowana krew, upalne zgliszcza; katastrofy, po których wygaśnięciu inicjuje się cykl odnawiania. Tę niespokojność równoważy chłód mający źródło w naturze: w sosnach, drzewach wiśniowych, mchu, wrzosach, mirtach, owocach, fiordach, wodzie, wietrze.

  W tej części kobieta również przypomina bóstwo. Na początku nie jest to jednak pełna jasności dobra i doskonała bogini - raczej hawajska Pele od wulkanów, ognia i zniszczenia. Ochłodzenie przychodzi stopniowo; to nie starcie żywiołów, ale ciągłe procesy fizyczne - wzajemne oddawanie sobie temperatur. 

  Mężczyzna także nie jest już poetą-tułaczem, ale tym, który zostaje, by pielęgnować powszednie zwyczaje. "Składanka" więc to nie tylko najlepsze momenty, to składanie wewnętrzne wrażliwej duszy, by być kompletnym i gotowym na wszystko, co nastąpi - wszystko, aż do zapadnięcia ciszy.

  Gdy muzyka się kończy, zostają wilgotne dłonie, zimne mleko, chłód pomnika. Pożądanie zastąpione miłością, japoński pop sonatą skrzypcową. Wszystko to powoli - jak powoli dogasa ogień. Jednak jeszcze długo potem można nucić za Augustino Larą:

 

Kobieto, bogini

Trucizną spojrzenia mnie uwodzisz

Kobieto, rozsiewasz wokół woń

Kwitnącej pomarańczy

 

Iga Reczyńska

 

 

*J. Cormier, Che Guevara, Iskry, Warszawa 2004, s.84-85

**M. Kundera, Spotkanie, PIW, Warszawa 2009, s.77-78

***J. Clement, Trucizną mnie uwodzisz, Mała Kurka, Piastów 2012, s.18

 

 

 

Piosenki:

 

https://www.youtube.com/watch?v=6KaYzgofHjc

 

https://www.youtube.com/watch?v=KWN0wohrPys

 

https://www.youtube.com/watch?v=XZlO_mNYCL8

 

https://www.youtube.com/watch?v=4xYC0_ShCs0

 

https://www.youtube.com/watch?v=17mO9OdwfS8

 

https://www.youtube.com/watch?v=2f0M-kO0DdA&t=1s

 

https://www1.zippyaudio16.com/fictionjunction-yuriko-kaida-himitsu/id14229678

 

https://www.youtube.com/watch?v=zHCGiF6AD3Q

Dodawanie komentarzy zostało zablokowane przez autora.